2023-07-31

Witajcie w Królestwie. Mateusz Demski o fenomenie trylogii Larsa von Triera

Mateusz Demski

Jego twórczość od zawsze prowokuje i budzi skrajne emocje. Podobnie jak sama osoba autora – ironisty i cynika, całkiem świadomie narażającego się na ataki i odrzucenie. Lars von Trier, jedna z najbardziej kreatywnych i kontrowersyjnych osobowości współczesnego kina, powraca i sięga do samego źródła. „Królestwo”, należące do najbardziej oryginalnych serii telewizyjnych lat 90.,  doczekało się wreszcie finałowej, odwleczonej w czasie odsłony. Bez niej nie byłoby von Triera, jakiego znamy.

„Królestwo” postrzegane jest dzisiaj jako modelowy wręcz przykład tzw. ambitnej telewizji, choć sam von Trier nigdy w ten sposób nie myślał. Nie przywiązywał zbytniej wagi do otoczonego kultem serialu, sam zresztą do dziś podkreśla, że zrobił go niejako z przypadku. W zamierzeniu – choć naprawdę trudno w to uwierzyć – „Królestwo” było projektem czysto komercyjnym, które miało stanowić źródło szybkiego, łatwego zarobku. Po pierwszych trzech filmach („Elemencie zbrodni”, „Epidemii” i „Europie”, które wchodzą w skład tzw. trylogii europejskiej) von Trier – wraz z producentem Peterem Aalbækiem Jensenem – założył wytwórnię Zentropa, by zbudować finansową niezależność. Główną motywacją reżysera było zdobycie funduszy na własne działania, dlatego na poczekaniu wymyślił koncept serialu o duchach. Kiedy wspólnik zapytał, gdzie miałaby toczyć się jego akcja, von Trier wyjrzał przez okno i wskazał palcem na górujący nad miastem szpital Rigshospitalet.

Dalszy ciąg dosyć szybko zaświtał w jego głowie: reżyser dopisał miejscu akcji swoistą genealogię, która miała sugerować widowni fantastyczno-oniryczny klimat. Prolog do serialu mówi o tym, że teren pod szpitalem to dawne mokradła, gdzie niegdyś bieliło się tkaniny –  teraz postawiono tam nowoczesną klinikę, a bielarzy zastąpiła kadra medyczna i technologia. Ludzie, odżegnując się od spraw duchowych, przestali dostrzegać, że w najgłębszych zakamarkach tego miejsca czai się zakorzeniona w przeszłości zbrodnia i duch przerażonej dziewczynki, który od lat nie może zaznać spokoju. Podstawowy konflikt rodzi się bezpośrednio na styku tego, co racjonalne z tym, co nadprzyrodzone; codzienności z wyjątkowością i tym, co ukryte. Szpitalna proza życia – przyjmowanie pacjentów przez lekarzy, zabiegi i operacje – podszyta jest materią wielkich narracji: metafizyki i eschatologii. Obie te przestrzenie odbijają się w sobie niczym dwie strony krzywego zwierciadła.

Jako że von Trierowi zależało na szybkim ukończeniu projektu i powrocie do kina, struktura serialu od początku była przemyślana i spójna – całość rozplanował na trzy sezony po cztery odcinki; każdy z nich miał wieńczyć komentarz samego reżysera w roli mistrza ceremonii i wielkiego manipulatora, który szelmowsko mruga z ekranu do widza. O tym, że von Trier nie traktował sprawy zbyt poważnie, świadczy fakt, że „postscriptum” nagrywano na poczekaniu u niego w domu. Tło zrobione było z zasłonki zawieszonej na kiju od szczotki. W pokoju było na tyle ciepło, że reżyser miał na sobie tylko górę od smokingu i chodził bez spodni.

Punktem wyjścia dla samej historii były młodzieńcze fascynacje von Triera tandetnymi historiami o duchach oraz francuską miniseri „Belfegor, upiór z Luwru” z roku 1965, łączącą wątki kryminalne z nadprzyrodzonymi. Najważniejszym punktem odniesienia było jednak „Miasteczko Twin Peaks”. Emitowany chwilę wcześniej serial Davida Lyncha zachwycił von Triera, wzbudził jego podziw. „Lynch pisał ten serial «lewą ręką». To jak z sygnaturą: możesz napisać swoje imię prawą ręką, jak robi to większość ludzi. Lub możesz też zamiast tego spróbować użyć lewej ręki. Rezultatem są dziwne zawijasy, które mogą wydać ci się obce, ale prawda jest taka, że to wciąż twój podpis. To jest zasada, według której powstało «Królestwo». Gdybym zrobił to samo «prawą ręką», byłoby to dosyć banalne”.

Faktycznie, założenie stojące za serią von Triera było proste: u swoich podstaw utkana jest ona wszak z utartych gatunkowych schematów. Niezbędne było wywrócenie ich na nice i dodanie metafizycznego naddatku, by całość przekształcić w coś pociągającego. „Królestwo” to pastisz konwencjonalnej opery mydlanej o lekarzach. Sięgając po komizm i groteskowe zniekształcenie, von Trier wywraca do góry nogami klisze współczesnej popkultury telewizyjnej, choć ponoć miało być to dla niego również pomocne w oswajaniu własnych lęków i traum. Według relacji aktorów, w trakcie kręcenia sceny operacji mózgu reżyser siedział na drugim końcu korytarza, ponieważ panicznie boi się zabiegów medycznych (jak sam twierdzi: „niewytłumaczalność tych procesów i poczucie, że moje życie spoczywa w rękach innych ludzi, budzi niepokój, przyprawia mnie o dreszcze”). Do tego dochodzi fakt, że von Trier ma fobię związaną z jazdą windą, a ekipa cały czas poruszała się nią między piętrami. W windzie zresztą mieszka duch dziewczynki, który nawiedza bohaterów.

„Królestwo” w zamierzeniu miało być żartem i kpiną,. Mimo tego von Trier na pytanie, czy wierzy w duchy, odpowiadał, że jest przekonany o ich istnieniu, a praca nad serialem tylko w nim tę wiarę umocniła. Przed rozpoczęciem zdjęć twórcy przeprowadzili szereg rozmów z ludźmi zajmującymi się spirytyzmem. Na planie została zatrudniona Aase Kristensen, konsultantka do zjawisk nadprzyrodzonych, która miała przygotować ekipę na niepożądane zjawiska. „Istniały uzasadnione obawy, że zabawa w przywoływanie duchów w filmie może sprowokować ich pojawienie się w realnym świecie” – opowiadała w wywiadach. Najwyraźniej atmosfera udzieliła się na planie. Kirsten Rolffes, aktorka wcielająca się w rolę pani Drusse, musiała pamiętać, by przeżegnać się po każdej scenie (to samo robiła po powrocie do domu: wykonywała znak krzyża przy każdym oknie na parterze, by duchy nie weszły za nią do środka). Tove Jystrup, kierowniczka produkcji, zarzekała się, że kiedy włączyła „Królestwo” u siebie w domu, jej kot zaczął przeraźliwie piszczeć – uspokoił się dopiero, kiedy zgasiła telewizor. Całości dopełnia fakt, że kilku dźwiękowców zrezygnowało z pracy w trakcie zdjęć. Powodem miały być głosy, które „zaczęli słyszeć z zaświatów”.

Liczne mity narosłe wokół „Królestwa” przełożyły się na jego status jako serii kultowej. Dla samego von Triera, niezbyt usatysfakcjonowanego końcowym efektem, serial okazał się zaś punktem  zwrotnym, momentem, który zapoczątkował nowy rozdział jego twórczości. Reżyser zrezygnował z perfekcjonizmu, koncentracji na detalu i jakości wizualnej na rzecz przewrotnego wówczas sposobu filmowania opartego na kręceniu kamerą z ręki, niemal amatorsko. Taki sposób filmowania stał się jednym z postulatów ogłoszonego niespełna rok później manifestu Dogma ’95. Von Trier zaczyna też stosować wywołujące wrażenie następującego znienacka przeskoku jump-cuts, które z czasem staną się jego wizytówką. Nowe myślenie o kinie, uwolnionym od konserwatywnych i rygorystycznych form oraz technik narracyjnych, przełożyło się także na pracę z aktorami. Odtąd von Trier daje im więcej swobody na improwizację, co wpłynie na kierunek jego poszukiwań w przyszłych filmach.

Fenomen samego „Królestwa” zaczął w międzyczasie żyć własnym życiem i rozprzestrzeniać się po świecie. Fanem serii okazał się Stephen King, który postanowił za wszelką cenę uzyskać prawa do gotowego formatu i jego adaptacji (w zamian odstąpił wytwórni Columbia prawa do powieści „Ukryte okno, ukryty ogród”). Amerykański remake przyjęto jednak chłodno i został zdjęty z anteny po jednym sezonie. Przez wiele lat w zawieszeniu pozostawał także sezon trzeci oryginału. Pracę nad nim zostały przerwane w 1998 roku wraz ze śmiercią Ernsta-Hugo Järegårda, który wcielił się w postać ordynatora Helmera. Kolejne podejście do „Królestwa” zbiegło się z odejściem Kirsten Rolffes, co przypieczętowało decyzję o anulowaniu serii. Nieukończony serial nęcił, uwodził, aż w końcu przeszedł w sferę mitu, dzięki czemu – ćwierć wieku po premierze – czytany był przez kolejne pokolenia wedle wielorakich kluczy. W 2019 roku „Królestwo” wystawiono w Starym Teatrze w Krakowie, a reżyser Remigiusz Brzyk odnalazł w nim ponadczasowe symbole i znaczenia. To pozwala myśleć, że to, co przed laty napisał von Trier, miało i nadal ma siłę dramaturgicznego rażenia.

Pierwsze „Królestwo” trafiło zaś do Polski na przełomie wieków. Firma Gutek Film od samego początku miała w planach wprowadzenie serialu von Triera na ekrany polskich kin w całości, w formie czterogodzinnego filmu. Jak wspomina Roman Gutek, nikt wówczas nie traktował „Królestwa” jako produkcji stricte telewizyjnej, ale jako całościowe dzieło artysty wybitnego, wymykającego się wszelkim definicjom.

– Trier zawsze był istotną postacią dla naszej firmy – podkreśla. – Śledziłem jego twórczość, odkąd w połowie lat 80 w Kinie Bajka po raz pierwszy zobaczyłem „Element zbrodni”. Wszystko, co kręcił wówczas von Trier, włącznie z jego filmami szkolnymi, mieliśmy w regularnej dystrybucji albo pokazywaliśmy na pokazach specjalnych. „Królestwo” było już wtedy otoczone kultem, dlatego kina chciały je pokazywać. W pewnym momencie organizowaliśmy nawet łączone, wielogodzinne pokazy części pierwszej z drugą. Niesamowity maraton „Królestwa” odbył się na festiwalu „Lato Filmów” w Kazimierzu Dolnym, wielu ludzi do dziś go wspomina. Na rynku zgromadziły się tłumy, niektórzy przyjechali specjalnie na ten jeden seans. Robiliśmy wszystko, żeby widzów zarazić tym filmem.

Roman Gutek wraz z Jakubem Duszyńskim, dyrektorem artystycznym Gutek Film, mieli również okazję odwiedzić von Triera w Kopenhadze tuż po zakupieniu praw do „Królestwa”, gdy ten kończył pracę nad „Tańcząc w ciemnościach”. – Spotkaliśmy się w jego studiu, które powstało na terenie koszar wojskowych. Von Trier był wtedy w montażowni, wcześniej mieliśmy okazję zobaczyć jego domek, taką samotnię, którą wybudował sobie na uboczu. To była ciekawa rozmowa, on sam był zainteresowany odbiorem swoich filmów w Polsce – wspomina Roman Gutek i dodaje, że tuż po wizycie u reżysera pojechali do szpitala Rigshospitalet, w którym powstało „Królestwo”. – Spędziliśmy tam dwie godziny, jeżdżąc tymi windami z filmu i zaglądając w różne zakamarki. W pewnym momencie ktoś zapytał nas nawet, co my tak właściwie tam robimy, bo – podobnie jak w filmie – zabłądziliśmy w korytarzach. Powiedzieliśmy, że jesteśmy fanami; ten ktoś tylko się uśmiechnął.

Powrót do Rigshospitalet dzisiaj można odczytywać symbolicznie: jako ideę powrotu do korzeni i domknięcia dawno rozpoczętego przedsięwzięcia. Trzecie „Królestwo” (z podtytułem „Exodus”) – pokazywane w ubiegłym roku na festiwalu w Wenecji w formie pięciogodzinnego filmu – zdaje się zarazem, na jakimś głębszym poziomie, być pomyślane jako pożegnanie samego autora i zmagania z samym sobą. Prace nad finałową serią zbiegły się ze zdiagnozowaniem u von Triera choroby Parkinsona, która uniemożliwiła mu aktywne wzięcie udziału w promocji serialu. Premierę w Wenecji poprzedził krótki, transmitowany na ekranie wstęp reżysera, w którym podziękował bohaterom młodości (z Pasolinim i Rossellini na czele) i życzył powodzenia wszystkim obecnym na pięciogodzinnej projekcji śmiałkom. Von Trier nie wyzbył się swego zjadliwego poczucia humoru oraz przewrotnego widzenia świata. Humor i ironia to w jego przypadku narzędzia, które są wyrazem wolności oraz braku pokory; obnażają rzeczy trudne i wstydliwe, jak hipokryzję i oportunizm vontrierowskich bohaterów.

Po 25 latach od wydarzeń znanych z oryginalnych serii, trafiamy do nawiedzonego szpitala w centrum Kopenhagi, gdzie porządek świata żywych miesza się z porządkiem umarłych i gdzie rażący niekompetencją personel pogrąża się w coraz bardziej niedorzecznych, infantylnych, owianych nieznośną aurą krindżu zachowaniach i animozjach. Na narastające poczucie absurdu nowoczesnego świata reżyser odpowiada absurdalnym humorem – ktoś zauważył, zresztą słusznie, że w efekcie powstała postmodernistyczna z ducha, niepodobna do żadnego innego tytułu hybryda „Miasteczka Twin Peaks” z „The Office”; „Z archiwum X” z „Ostrym dyżurem”. Jeśli wybieracie się w tę podróż powtórnie, jeżeli chcecie poznać dalsze losy „Królestwa”, zapamiętajcie: „należy umieć akceptować zarówno dobro, jak i zło”.

________________________________________
Mateusz Demski – dziennikarz i krytyk filmowy, absolwent krakowskiego filmoznawstwa. Publikuje m.in. na łamach „Przekroju”, „Przeglądu”, a także w portalach Czas Kultury, Dwutygodnik, NOIZZ.pl i newonce.net. Na koncie ma liczne rozmowy i wywiady z nagradzanymi na światowych festiwalach twórczyniami i twórcami filmowymi, m.in. z Bongiem Joon-ho, Laurą Poitras, Gasparem Noé, czy Bélą Tarrem.