Aktualności

happy-end_plan

Jak zniknąłem z Facebooka. Haneke o internecie, nieśmiertelności i najnowszym filmie. „Happy End” w kinach od 16 marca

16 marca trafi do kin nowy film Michaela Haneke „Happy End” z Isabelle Huppert, Jeanem-Louise Trintignant oraz Mathieu Kassovitzem w rolach głównych. Kilka dni z życia bogatej mieszczańskiej rodziny. Dni, podczas których wyjdą na jaw długo skrywane sekrety. Kilka dni, które zakończą się… happy endem?

„Happy End” wywoła kontrowersje. Film musiał jednak powstać: tu i teraz, w określonym czasie i w określonym kształcie. Michael Haneke po raz kolejny wykorzystuje wiodące motywy i wątki, które stały się wyznacznikiem i charakterystyczną cechą całej jego twórczości. Obsesyjnie zmierza się z tematem rodziny, świadomie jednak odchodzi od uporządkowanej narracji. Co więcej, pozwala sobie na ironię, raczej rzadką w twórczości reżysera. Śmiało można zestawić ten tytuł z „Dyskretnym urokiem burżuazji” Luisa Buñuela.

☛ Skąd wziął się pomysł na fabułę filmu?

W „Happy End” jest kilka wątków. Ale początek filmowi dała historia, o której przeczytałem w gazecie. 14-letnia Japonka otruła matkę, wszystko nagrała i wrzuciła do internetu. To mną wstrząsnęło. Już wiedziałem, o czym będzie mój następny film.

☛ Czy Pana zamiarem był komentarz na temat mediów społecznościowych – a może nawet ich ostra krytyka?

Nie. Media społecznościowe pojawiają się w filmie siłą rzeczy – obecnie życie nie toczy się bez ich udziału. Jeśli chcemy funkcjonować w społeczeństwie, musimy ich używać. Mnie to też dotyczy: dzwonię, prowadzę korespondencję, śledzę informacje i nastroje. Dla ludzi młodych taki sposób komunikacji jest naturalny – tak im się, w każdym razie, wydaje. Jednak, moim zdaniem, internet powoduje dekoncentrację, a także uzależnia – co jest już niebezpieczne. Poczucie bliskości w mediach społecznościowych jest złudne. Mam wrażenie, że każdy pisze tam tylko o sobie i nadal koncentruje się wyłącznie na własnych problemach. Ludzie przenoszą do netu swoje życie. To mu nadaje sens – czy odbiera? Jednak w życiu należy zmierzyć się ze wszystkim, co ono niesie. I tak my, osoby starsze, nauczyliśmy się korzystać z internetu. Nauczymy się wszystkiego, czego będzie trzeba. To się nazywa postęp.

Dochodzi do niego w nieprawdopodobnym tempie. Potrafimy już sklonować zwierzęta, przeszczepiać ludzkie organy. Żyjemy coraz dłużej. Za chwilę przestaniemy sobie z tym radzić… A dążymy do nieśmiertelności! Długowieczność i nieśmiertelność są niebezpieczne. To przedłużające się cierpienie.

☛ Przed obejrzeniem „Happy Endu” niewiele wiedziałem o Snapchacie.

Podobnie jak ja. Skonsultowałem się z fachowcami. Założyłem nawet konto na Facebooku, chciałem zrozumieć, o co chodzi w tym całym szaleństwie i do czego ludzie używają techniki. Czysto poznawczo. Na podobnej zasadzie, na której zapoznajesz się, na przykład, z pracą lekarza – jeśli lekarzem jest główny bohater. Ale to nie moja bajka.

☛ Ma Pan opinię reżysera „specjalisty” od filmów mrocznych i poważnych. W „Happy Endzie” pokusił się Pan o akcenty ironiczne. Ten tytuł to również rodzaj emocjonalnego nawiązania do „Miłości”.

„Happy End” w założeniu jest farsą. Po części dlatego, że tragedie chwilowo wyszły z mody. Jeśli zaś chodzi o nawiązanie do „Miłości”, moim zamysłem było przedstawienie w „Happy End” podobnej historii – jednak w sposób nie tak metaforyczny. To historia bardzo osobista, podobna miała miejsce w mojej rodzinie. Powrót to tematu stanowił dla mnie rodzaj terapii. Mamy zatem, jak Pan to ujął, „emocjonalne nawiązanie”, rodzaj „duchowego” sequela „Miłości”.

Wywiad w całości dostępny pod linkiem (w wersji oryginalnej): https://theplaylist.net/

„Happy End” w kinach

od 16 marca 2018