Aktualności

sieranevada_b1_bez_logotypow

Historia naszego nieuleczalnego szaleństwa: reżyser o filmie „Sieranevada”, w kinach od 2 czerwca

Zachęcamy do lektury tekstu, w którym reżyser Cristi Puiu wyjaśnia, skąd wziął się pomysł na film „Sieranevada” i o czym tak naprawdę ten film jest.

Wyposażeni w zapas entuzjazmu i niewinności ruszamy pewnie przez życie, przekonani, że historia zaczyna się od nas. Wykształceni, stawiając na racjonalną myśl, która nigdy dotąd nas nie zawiodła, formułujemy diagnozy i prognozy na świetlaną przyszłość. Złe rzeczy przydarzają się tylko innym. Nad nami czuwa bowiem Bóg, a w oczach najbliższej nam osoby widzimy tylko odzwierciedlenie swoich celów.

Ale pewnego dnia ta najbliższa osoba odchodzi na zawsze. I coś w się w nas zmienia. Płaczemy. Odtąd rok w rok upamiętniamy jej odejście. Ale ostatecznie zapominamy, kim była.

Mój ojciec zmarł 21 maja 2007 r.

Czterdzieści dni później zgromadziliśmy się przy stole z jego krewnymi, przyjaciółmi i kolegami, by zgodnie z tradycją uczcić jego pamięć.

Aby ta uroczysta kolacja przebiegła bez zakłóceń, mama przygotowała mnóstwo różnego jedzenia, kupiła wino i piwo, wysprzątała dom i zaprosiła księdza. Zrobiliśmy z najbliższymi krewnymi zrzutkę na te wiktuały i pomagaliśmy przy różnych technicznych aspektach całego przedsięwzięcia. Choć wynikło kilka drobnych nieporozumień, ostatecznie uzgodniliśmy, że liczy się w tym wszystkim nie tyle sama tradycja, co symboliczny gest.

Ale konstatacja, że „liczy się gest” rzuciła się cieniem na całą uroczystość, która z czasem przerodziła się w operetkowe rozrachunki.

Ojciec miał 6 lat, gdy przyjechał z rodzicami do Bukaresztu podczas fali głodu 1946 roku, która nawiedziła Mołdawię tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. W 1964 roku ożenił się z moją matką, która urodziła mu trójkę dzieci. Przez 30 lat pracował w administracji jednego z bukareszteńskich szpitali. Zmarł na raka jelita grubego w 2007 roku.

Nie wiem, czy był dobrym ojcem, czy złym. Wiem, że nie zapisał się w historii – choć nie mam pojęcia, czy w ogóle próbował. Wiem, że chciał zostać skrzypkiem i pamiętam, że o 11:00 w niedziele miał zwyczaj dyrygować przed telewizorem podczas programu „Radość muzyki”.

Wiem, że nie mógł spędzać z nami czasu, bo zawsze miał mnóstwo pracy w biurze. Wiem o nim też inne rzeczy, od ludzi którzy z nim pracowali. I wiem, że nie pamiętam, żebym kiedykolwiek mu powiedział, że go kocham.

Na uroczystej stypie 40 dni po jego śmierci, gdy wszyscy zgromadziliśmy się przy stole, ku swemu zdziwieniu zdałem sobie sprawę, że próbuję uczcić pamięć człowieka, którego nigdy nie poznałem. Nikt z obecnych nie wydawał się być świadomy faktu, że kolejne anegdoty opowiadane o ojcu nadawały mu, człowiekowi, który opuścił nas czterdzieści dni wcześniej, jakby fikcyjny charakter. Co więcej, żadnemu z biesiadników nie wydawała się przeszkadzać jego nieobecność.

W dniu śmierci ojca byłem w Cannes. Dowiedziałem się, że zmarł w ramionach Leo, męża mojej siostry. Przy ojcu nie było w tej ostatniej chwili żadnego z jego dzieci. Ani mojej matki.

Pewnego dnia kolega zwierzył mi się, że by pozbyć się pragnienia zemsty na kimś, kto zachował się wobec niego źle, próbuje zobaczyć w nim człowieka, który był niegdyś dzieckiem. Dopiero wtedy zorientowałem się, że nigdy nie przyszło mi do głowy, że mój ojciec też był kiedyś dzieckiem, że też ruszył przez życie niewinny i pełen entuzjazmu.

„Sieranevada” jest historią o rytuale uczczenia pamięci po zmarłym, który nijak się ma do tej pamięci. To nasza historia, historia ludzi, którzy przytłoczeni niepojętym żalem, postanawiają schronić się w bezpiecznym obrębie swojego umysłu i poupychać swoje obawy za „konkretami”. „Sieranevada” jest niedoskonałą rekonstrukcją zwykłej uroczystości. Jest zwięzłą historią naszego nieuleczalnego szaleństwa.

„Sieranevada” w kinach

od 2 czerwca 2017