Aktualności

Fusion x64 TIFF File

„Czerwony żółw” z dwóch perspektyw: buddyjskiej i jungowskiej. Film w kinach od 23 czerwca.

23 czerwca trafi do kin urzekającą baśń dla dorosłych, stworzona przez legendarne japońskie Studio Ghibli („Spirited Away: W krainie Bogów”) – „Czerwony żółw” w reż. Michaela Dudoka de Wita. Zachęcamy do lektury dwóch tekstów, w których buddysta Michał Czernuszczyk oraz psychoanalityk jungowski Bartosz Samitowski dzielą się swoimi przemyśleniami na temat filmu.

——————————–

Niektórzy, bliżsi nam kręgiem kulturowym, pisali „W połowie drogi ludzkiego żywota/pośród ciemnego znalazłem się lasu,/ albowiem z prostej zbłąkałem się ścieżki.” A można też, jak zrobili to twórcy filmu „Czerwony żółw”, powiedzieć – „na bezludną trafiłem wyspę”. W obu metaforach pojawia się samotność dojrzałego mężczyzny. W obu mamy też do czynienia z przyrodą, lasem, gęstwiną i ciemnością, czyli symbolami tego, co naturalne, pierwotne, podstawowe.

W „Czerwonym żółwiu” wykorzystano prostotę animacji i prostotę fabuły do pokazania egzystencjalnie fundamentalnych zmagań ludzkich. Jako psychoterapeuta widzę w filmie historię o lęku przed życiem, wściekłości na przeciwności, zmaganiach z codziennością. Widzę też ciekawie narysowaną (sic!) opowieść o tworzeniu najpierw pary, a potem rodziny. „Druga połówka” stanowi tajemnicę, obiekt zarazem przyciągający uwagę, ekscytujący, jak i budzący silne uczucia niechęci, wręcz wrogości. Potem relacja zaczyna się zmieniać, pojawia się miłość, intymność, wzajemna opieka, towarzyszenie w stratach. Rodzice przeżywają pojawienie się dziecka z towarzyszącą temu radością, ale i lękiem, gdy dziecku grozi niebezpieczeństwo, a rodzice muszą poradzić sobie z własną bezradnością.

Jako buddysta zwracam uwagę przede wszystkim na wątek spotykania się z tym, co nieuchronne – spotykania się z losem, który wcześniej czy później postawi nas w sytuacji, w której nie chcemy się znaleźć. Czy możemy uniknąć tej konfrontacji? Czy możemy poddać się i nie zamieszkać wyspy, na którą rzuciły nas siły, nad którymi nie mamy władzy? Tacy krusi, tacy delikatni, nadzy – stajemy do zmagań z czymś, czego nawet do końca nie rozumiemy. Decydujemy się na to spotkanie, walczymy, tworzymy, chociaż przeczucie nieomylnie podpowiada nam, że to wszystko i tak się skończy.

Michał Czernuszczyk, buddysta, psychoterapeuta, michal.czernuszczyk.pl

——————————–

Cieszę się z tego filmu. Wzruszające minimalistyczno-symboliczne kino. Archetypowa opowieść o samotności, miłości, naturze, życiu, cyklach i przemijaniu.

On – samotny rozbitek – utknął na bezludnej wyspie, pomiędzy rozczarowującą eksploracją okolicy, w której jednak nie znalazł nic znajomego, na czym mógłby się oprzeć, a bezowocnymi próbami przeprawy przez ocean. Może to obraz człowieka samotnego pomimo otaczającego go świata, oddzielonego od natury, która zajmuje się swoimi sprawami, ale także towarzysząc mu przygląda się z zainteresowaniem i lekką obawą, jak towarzyszące bohaterowi filmu pocieszne kraby.

Ona, w skorupie, raz po raz rozbija jego iluzoryczne i niewykonalne fantazje o wolności. Widzi ją jako wroga który zagraża jego pragnieniom. Nie dostrzega kim jest naprawdę – tylko gada. Ona w tej sytuacji nie ma warunków, by zdjąć skorupę. Zamieszkuje wodę – ocean, symbolizujący nieświadomość i niewidzialne głębiny stworzenia – a on nie jest świadomy, kogo spotkał.

Podobnie jak człowiek odizolowany od relacji oscyluje między górą a dołem – namiastkami i substytutami szczęścia, a depresją, mężczyzna po wspięciu się na najwyższą górę wyspy spada zaraz do podwodnej jaskini. Tam, aby przeżyć, musi postawić życie na szali i przecisnąć się przez kanał porodowy Ziemi, aby odrodzić się i stać się w pełni człowiekiem.

Żółw wychodzi na brzeg – zbliża się do obwarowanego świata mężczyzny, a ten walczy i triumfuje. Dopiero wtedy żółw zamienia się w kobietę. On otacza ją opieką, a ona wtedy może odżyć i odsyła skorupę do oceanu. On z kolei odsyła tratwę – swoje niemożliwe marzenie o wyobrażonej, pozbawionej bytu wolności. Dopiero wtedy, gdy zrezygnowali z mechanizmów obronnych i ucieczkowych, po porzuceniu dzielącej ich osobności mogą połączyć się i odkryć świat przez pryzmat wspólnoty, miłości i relacji, której rezultatem jest nowe życie. On dostrzega wówczas ze skruchą, że niesłusznie traktował Ją w postaci żółwia jako wroga. Ona wybacza mu, bo przyjęcie tej roli za cenę jego wrogości było jej poświęceniem na rzecz prawdy i związku.

Otwarcie się na siebie i możliwość zaistnienia prawdziwego uczucia z czasem prowadzi do prawdy o przemijaniu – rozkoszny bobas nie może pozostać bobasem, rodzice nie mogą uchwycić się go jako wiecznej recepty na szczęście. Nadchodzi katastrofa – życie zapowiada swoje niszczące i pustoszące oblicze, będące nieodłączną cząstką jego pełni. W końcu owoc miłości odchodzi w świat, aby wieść własne, niezależne życie.

Gdy nadchodzi czas pożegnania, ona z powrotem naciąga skorupę, która pojawia się nie wiadomo skąd i odchodzi z powrotem tam skąd przyszła – do oceanu. Cykl został dopełniony, a natura dalej zajmuje się swoimi sprawami.

Bartosz Samitowski, psychoterapeuta, psychoanalityk jungowski, www.therapeutes.pl

„Czerwony żółw” w kinach

od 23 czerwca 2017